RSS
poniedziałek, 07 maja 2007
Wybory we Francji

No i wygrał Sarkozy – tak, jak wszyscy się tego spodziewali.

Właściwie nie wiem, czy wolę jego czy Segolène, która poza płcią (poraz pierwszy kobieta zaszła tak daleko w wyborach, we Francji) i świeżym wyglądem, nie reprezentuje niczego nowego dla tego kraju, a wręcz powiela wszystko, co już słyszeliśmy.

Co do Sarko, to albo może on całkowicie zmienić skostniały system francuski, albo narobić dużego “kaka”, zwłaszcza jeżeli chodzi o tą gorszą, “biedną” część społeczeństwa (czyt. wszyscy poza najbogatszymi w kraju, a głównie imigranci).

Dlatego ze wstydem muszę przyznać, że nie poszłam na wybory.

niedziela, 06 maja 2007
Spacer po Pornic
Wczoraj, podczas spaceru w małym i uroczym miasteczku Pornic.

Położone ok. 30km od Nantes, w północno zachodniej Francji, nad oceanem Atlantycki.

Charakterystyczne stare XIX-stowieczne wille nadmorskie, piękne wybrzeże i najpyszniejsze lody w tej części Francji, to główne cechy tego miejsca.

  

czwartek, 03 maja 2007
żłobek we Francji

Pewnego pięknego i upalnego dnia urodziła się moja mała córeczka. Trzy miesiące później, aby mama mogła podjąć na nowo pracę, maluszek poszedł (a raczej pojechał wózkiem) do żłobka.

Miałam szczęście, gdyż zapisałam moją dziewczynkę jeszcze w ciąży, a dokładniej w jej trzecim miesiącu. Przygotowaną teczkę z dokumentami (faktury, deklaracje podatkowe, wypłaty moje i męża z ostatnich sześciu miesięcy, książeczka zdrowia małej, podanie, itd) zaniosłam do żłobka, aby tam dowiedzieć się, iż muszę jeszcze iść do urzędu miejskiego, gdzie będą opłacane faktury za żłobek, by dostać tam jakiś ważny papier, potem wrócic z nim z powrotem i pomaszerować do Izby Podatkowej, bowiem ich system płacenia niedługo się zmieni i tam też dostanę jakiś papier, oddać go do żłobka i czekać około pół roku na decyzję “miejskiego zgromadzenia żłobkowego” I wówczas wrócic poraz kolejny do żłobka, by …odnowić dokumenty. Uff.

Pół roku po przyjęciu mojej córeczki do żłobka, zmuszeni byliśmy z mężem przenieść się do innego miasta. Błąd! Tutaj miejsca w żłobku już nie mamy, bo podobno żłobki są “przeciążone”, listy oczekujących kilometrowe, nowych nikt nie buduje i w ogóle dziecka nie przyjmuje się w połowie roku szkolnego, więc trzeba robić teczkę żłobkową od nowa i czekać do wrzesnia na decyzję “zgromadzenia”. Zresztą takie duże 10-ciomiesięczne bobasy nie mają pierwszeństwa przed noworodkami.

I to wszystko jest podobno normalne!

środa, 20 grudnia 2006
Nowa scena francuska
Postanowiłam, że będę od czasu do czasu opisywać czego słucham, oglądam i czytam we Francji (francuskiego oczywiście).

Tak więc, ostatnimi czasy uwielbiam słuchać "nowej sceny francuskiej":

 

- Olivii Ruiz i jej albumu "Femme Chocolat",
- Emilie Loizeau, album "Au bout du monde",
- Anis, album "La chance".

Muzyka ta ma w sobie coś nowego i świeżego, przede wszystkim Olivia, ale również Anis, który w pewien sympatyczny sposób interpretuje muzykę z południa Stanów Zjednoczonych. Syn rewolucjonisty marokańskiego, ukrywającego się we Francji i matki pochodzenia rosyjskiego, zaczynał grając w paryskim metrze i tam właśnie został dostrzeżony. Album "La chance" jest melodyjny, oryginalny i z odrobinką melancholii - uwielbiam go!

Elodie to, dla mnie, powrót do teatru. Charakterystyczny głos, mocne pianino i wspaniale napisane teksty piosenek, zwłaszcza "Je suis jalouse".

Olivia natomiast, stała się już gwiazdą we Francji, a zwłaszcza jej piosenka "Femme Chocolat", która nadawana jest w radiu co 15 minut.
Bogaty w cudownie lekkie, często pisane z humorem teksty, album Olivii to powiew młodości, oryginalności i szaleństwa w skostniałej w ostatnich latach muzyce francuskiej. Gorąco polecam!

Na stronach tych artystów możecie posłuchac ich kawałków.
wtorek, 19 grudnia 2006
Blois by morning
Zdjęcie zrobione dziś rano na schodach w Blois. Swiatło było tak piękne, że nie mogłam się oprzeć.


piątek, 15 grudnia 2006
Coś pozytywnego


Co lubię, szanuję i popieram we Francji:

- croissant'y, pain au chocolat (bułka z czekoladą, mmm!) na śniadanie i większość ciast,
- to, że na ulicy słyszę: "dzień dobry", "przepraszam", "proszę", a nie: "jak leziesz krowo!",
- system socjalny, który stworzony jest przede wszystkim dla ludzi,
- pejzaże Bretanii, ocean, zamki nad Loarą,
- rozmowy o pracę kończące się w większości sukcesem,
- częste pozytywne nastawienie do życia i uśmiech na twarzy,
- czerwone wino, które mogłabym pić litrami (a którego, wcześniej, w Polsce, nie dawałam rady przełknąć - nie wiem czemu?),
- tradycje wyjścia od czasu do czasu do restauracji (zwłaszcza takich, które ciężko jest znaleźć w przewodnikach turystycznych, a za których menu dałoby się pokroić),
- hortensje bretońskie,
- nauczycieli i wychowawców (szkonych, przedszkolnych), którzy z chęcia wstają rano do pracy i uwielbiają swoich uczniów (a przynajmniej ich wiekszość),
- autostrady i ogólnie drogi dojazdowe,
- literaturę i poezję francuską,
- domy wandeańskie i bretońskie,
- gust Francuzek,
- małe stoliczki kawiarniane ze stojącymi na nich malutkimi filiżaneczkami pysznej kawy,
- rolę Kościoła, która nie istnieje,
- i wiele innych rzeczy, których w tym momencie nie jestem w stanie sobie przypomnieć.

Zapomniałam o jeszcze jednym:
moim mężu (Bretonczyku), którego dorzucam do listy. ;)

środa, 13 grudnia 2006
Boże Narodzenie we Francji

Obudziłam się dziś rano z dziwnym uczuciem huczenia w uszach piosenek Franka Sinatry. Przetarłam oczy i usiadłam na łóżku. To nie było tylko uczucie ... on naprawdę śpiewał tuż przy mojej głowie! O nie ...!

We Francji nadchodzą święta Bożego Narodzenia. Czy różnią się one od tych polskich? A jak myślicie? Parę lat temu, a może i więcej, a może i mniej, merostwa wielu miast tej części Europy zdecydowały, że na jakieś 2 do 4 tygodni przed 24 grudnia, puszczana będzie na ulicach łagodna, nastrojowa muzyka. Ot, by tak wprowadzić szalejący po ulicach tłum poszukiwaczy-prezentów-za-wszelką-cenę w świąteczny miły nastrój. Dlatego też rok temu (czyli odkąd mieszkam w centrum mojego miasta), około godziny 7.30 ryczy mi do ucha (gdyż głośniki są zawieszone tuż przy oknie) na zmianę: Frank, Pavarotti, muzyka z Korsyki, Fryderyk Chopin, Mozart i wszystkie bożonarodzeniowe kawałki z lat 60-tych. Nie mówię, że muzyka ta jest nie miła dla ucha, ale gdyby tak puszczano ją od południa do 19.00, a nie od samego rana do 21.00, kiedy próbuję uspokoić moje sześcomiesięczne maleństwo w jego łóżku. Wiem, wiem, znow zaczynam negatywnie.

Ok, muzyka ta to sympatyczny gest dla nas: wydawaczy całej miesięcznej wypłaty w jeden lub dwa weekendy, bo tak tu trzeba. Później staramy się nie jeść zbyt dużo przez kolejne dwa miesiące, bo nasze konto bankowe jest prawie puste, ale za to francuska rodzina ma kupę drogich rzeczy, których sobie zażyczyła na liście prezentów świątecznych zrobionej specjalnie dla mnie i mojego męża. Kiedy zapytałam z czym kojarzą się im święta, odpowiedzieli mi, że z rozpakowywaniem kolorowego papieru i zgadywaniem, co jest w środku przez co najmniej trzy godziny. A duch bożonarodzeniowy, specjalnie przygotowane dniami i nocami dania, ubieranie choinki, sprzątanie domu, ozdabianie go, tradycje, opłatek, uroczysty cudowny wieczór rodzinny, kolędy i ta wspólna bliskość. Odpowiedziano mi: "co???".

poniedziałek, 30 października 2006
Pierwsza różnica między nami a nimi

Czy zacząć od pozytywnej czy negatywnej strony tego tematu? Od negatywnej - czytelnicy zawsze bardziej interesują się, kiedy piszemy o "złych" cechach kraju, w którym akurat przebywamy.

Kobiety we Francji.

To była chyba pierwsza rzecz, jaka rzuciła mi się w oczy po przeprowadzce tutaj: kobiety we Francji są ... inne! Nie wiem, jak je sobie wyobrażałam i czy w ogóle myślałam o nich wcześniej, będąc jeszcze w Polsce, lecz po przybyciu do nowego kraju, nie mogłam przegapić tej różnicy kultur (?), a może po prostu pewnej mody (?).

Jak je zdefiniować, do jakiej kategorii zaliczyć? Myślę, że najlepsza definicja francuskiej kobiety sprowadza się do: to-co-jest-najważniejsze-dla-mnie-w-życiu-to-ja-ja-i-tylko-ja (oraz-to-ile-ważę). Wiem, jestem trochę twarda, ale opisuję to, co widzę swoimi oczami i tylko nimi - mój blog jest bardzo subiektywny. Francuzki, choć z pewnością nie wszystkie, interesują się przede wszystkim swoim wyglądem, proporcjami swego ciała, swoimi potrzebami, swoją dietą i w ogóle życiem, ale swoim. "Najważniejsza jestem JA" piszą kolorowe gazety, "oddaj dziecko niańce, teściowej, albo au-paire'ce i idź do kosmetyczki, zrób sobie kolor na głowie, albo odpręż się przy masażu w salonie spa", "nie słuchaj męża, kiedy ci wypomina, że znów kupiłaś nową parę spodni, w końcu należy ci się to - jesteś kobietą!", itp., itd. Ja wolę spędzić jednak wolny czas z moją małą córeczką i mężem niż z masującymi mnie paniami w salonie spa, mój kolor włosów w chwili obecnej uważam za odpowiedni, a codzienne wydatki postanowiliśmy z mężem konsultować razem, bo jednak zdecydowaliśmy się na wspólne życie, więc i wspólne problemy i decyzje (zresztą dwudziesta para spodni nie jest mi potrzebna). Kobiety we Francji spoglądają na mnie, jak na dzikusa, kiedy piję alkohol, jem tłuste potrawy (czyli wszystko oprócz sałaty i chleba), nie mówiąc o słodyczach (które same po cichu chowają po szafkach, ale nigdy nie jedzą przy innych), czy głośno śmieję się i wolę przebywać z mężczyznami (a nie siedzieć w grupce kobiet i plotkować o niedawno otwartym sklepie w centrum miasta, w którym ceny biją nie tylko inne, ale i mnie po oczach). One są "dyskretne", nigdy nie powiedzą niczego miłego o swoich dzieciach, ale tylko na nie narzekają, traktują innych z góry, a męża, jak idiotę, bardzo ciężko pracują - zawsze(!), mimo, że odrabiają swoje 35 godzin tygodniowo w biurze, i nigdy nie ma godzin ponadliczbowych, bo wówczas byłby strajk na ulicach (to już inny temat), nie bawią się ze swoimi maluchami z powodu ciągłego braku czasu, a w weekendy wolą wypady ze znajomymi i zostawianie dzieci babci niż korzystanie z tego wolnego czasu. Nie lubią rozmów o: polityce, aktualnościach ze świata (za wyjątkiem mody i diety), dzieciach innych niż swoje, życiu innym niż swoje, kraju innym niż Francja (bo to najpięknieszy kraj na świecie! - to już inny temat), nie rozumieją, jak można jeść produkty inne niż francuskie, potrawy inne niż francuskie i jeździć samochodami innymi niż francuskie. Ufff!!! Trochę się rozchodziłam.

Wiem, że istnieją również Francuski, których charakter przypomina ten nasz, polski. Mieszkałam w Bretanii przez parę miesięcy i tam moda na jedzenie sałaty i masaże w spa jeszcze całkowicie nie doszła. W Blois poznałam moje sąsiadki: dziewczyny studentki, które piją, palą i głośno śmieją się. Dlatego też, nie należy tak bardzo uogólniać tego spojrzenia na płeć żeńską w kraju zamków nad Loarą, a jednak ...

wtorek, 24 października 2006
Francja, Francja, Francja ...

Francja, Francja, Francja ...tyle ludzi widzi w tym słowie czystą elegancję, drogie butiki, czy Lazurowe Wybrzeże. Wyobrażając sobie Francję, mamy przed oczami Wieżę Eiffel'a, pokazy mody, Champs-Elysées, zamki i ewentualnie bagietkę, albo ... beret. I wszystko to się zgadza i jest na swoim miejscu w Paryżu, nad Loarą, czy w boulangerie. No może ten beret to już przeżytek. A tak poza tym, to życie wygląda tutaj raczej ... normalnie. Są szkoły, super markety i ludzie, którzy nieogoleni i rozczochrani stoją w niedzielę rano, w kolejce po chleb. Po ulicach spacerują starsi ludzie, biegają psy, choć trochę mniejszych rozmiarów, w telewizji idą te same seriale i podobne programy rozrywkowe, nawet dzieci bawią się i śmieją podobnie. Różnice jednak istnieją i ... całe szczęście, że istnieją, bo w innym wypadku zanudzilibyśmy się na śmierć. Ale o tym później.

wtorek, 03 października 2006
Dawne wpisy

Wszystkie moje późniejsze wpisy zostały przeniesione i uzupełnione w nowym blogu: http://lavieavant.blox.pl

Pozdrawiam

 
1 , 2